Caisteczka! Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Polityka cookies

Samar o jedzeniu

03 lipca 2014

O samolotach, kuchni i Londynie

zdjęcie_21 zdjęcie_22

Pamiętam jedne ze swoich pierwszych podróży samolotem. Dużo zabawy, pyszne jedzenie w pojemnikach, hamburgery i gadżety od linii lotniczych. Wyobrażałam sobie, że chmury są z waty cukrowej, a ja zaraz po nie sięgnę patykiem. To były wspaniałe czasy! Dziś latanie jest powszechne jak jazda samochodem, a w samolocie zamiast łososia i kawioru może dostaniesz kanapkę lub batona (i to nie zawsze).

Uwielbiam Londyn za jego różnorodność i zapach. Każde miasto ma swój styl i zapach, to odróżnia je od innych.

Stolica Wielkiej Brytanii jest wyjątkowa. To europejskie miasto, które łączy w sobie tysiące nacji i kultur. Każda z nich ma „swoją” dzielnicę, w której żyją, śpią i jedzą. Uwielbiam City za jego industrialny charakter i dziki pęd, którego nie jesteście w stanie zobaczyć w żadnym innym mieście. Wydawać by się mogło, że Warszawa pędzi, a City of London nigdy nie śpi. To taki system dobrowolnego więzienia, największych finansowych i prawniczych korporacji. Jest tam miejsce, które uwielbiamy odwiedzać – nasza chińska dziupla, w której ciężko spotkać białego człowieka. Ale o My Old Place opowiem Wam innym razem (jak zrobię zdjęcia, nim wszystko zjemy!).

To, za co kocham Londyn, to różnorodność dzielnic. Uwielbiamy chodzić wieczorami po Muslamabadzie – tak nazwaliśmy dzielnicę, która do złudzenia przypomina Bliski Wschód. Miesza się tam zapach słodkiego tytoniu z fajek wodnych, baklawy i prawdziwych, arabskich kebabów. Oczywiście, mój zachwyt skierowany jest na dzielnicę indyjską, gdzie złoto mieni się tak jasno, że oślepia nas z kilometra, są warzywa i owoce, których nie znam i tysiące przypraw. Można tam zjeść tak dobrze jak w Bombaju. Nie sposób jest przejść obojętnie obok ostrego curry, samosów i słodyczy mango lassi. Do tego sklepy z uginającymi się od świeżych owoców i warzyw półkami, gdzie pęczek mięty wygląda jak naszych pięć, a mango jest do wyboru w kilku rodzajach. To wszystko sprawia, że nie straszny jest nam deszcz, dwa krany w umywalkach czy ruch lewostronny.

Londyn to dla mnie taka mała kulinarna Mekka, z której nawet po 4 dniach wracam z walizką o wadze co najmniej 20 kilogramów. Z ostatniej podróży przywiozłam Golden Syrup, Worcester Sauce, wędzony kardamon, ogromne pęczki świeżej kolendry, świeże figi i daktyle (i wiele, wiele więcej). Szkoda tylko, że wszystko, co dobre, szybko się kończy – zarówno moja podróż, jak i zapasy.

PODZIEL SIĘ Z INNYMI   


DODAJ KOMENTARZ
Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


brak komentarzy